Włochy Apulia
Dzień ósmy – 30 czerwiec 2024, sobota
To już ostatni dzień przygód w Apulii. Ponieważ samochód mamy do osiemnastej możemy jeszcze coś zobaczyć. Jedyny problem to temperatura, która dziś ma przekroczyć 40 stopni. Nad wodą to nie problem ale w terenie zabudowanym…
Decyzja zapadła kurs na południe do Lecce a w drodze powrotnej zobaczymy jeszcze Brindisi. Plan prosty więc przystępujemy do realizacji.
Do zobaczenia Lecce zachęcił nas amfiteatr którego zdjęcia oglądaliśmy w internecie. Trzeba przyznać, że to miasto robi wrażenie. Po drodze mijamy przeróżne stare budowle, i w końcu docieramy do amfiteatru. Niestety obiekt można podziwiać tylko z zewnątrz ponieważ całość jest ogrodzona i nie można dostać się do środka. Prawdziwy widok amfiteatru odbiegał od zdjęcia które oglądaliśmy pokazywały obiekt w zupełnie innym świetle i dzięki temu wydawał się dużo większy.
Na szczęście stara część miasta posiadała więcej atrakcji. Ilość zabytków jest wręcz przytłaczająca i zapamiętanie miejsc i nazw graniczy z cudem.
Postanowiliśmy więc napawać oczy widokami i nie przejmować się tym, że nie wiemy co oglądamy. Po powrocie do domu podczas jesiennych lub zimowych wieczorów zawsze znajdzie się czas na lokalizację miejsc na podstawie zrobionych zdjęć. Internet jest pełen informacji na ten temat.
Koło trzynastej poddajemy się i postanawiamy pojechać do Brindisi. Klimatyzacja w aucie wygrała.
Wymowne pustki na ulicach w Brindisi informują nas o upale jaki panuje na zewnątrz. Całe miasto jest dosłownie opustoszałe. Przypomina to obrazy za czasów pandemii.
Nie mamy wyboru do odloty pozostało zaledwie kilka godzin więc pozostaje mamy chodzenie po Brindisi w upale lub klimatyzowany port lotniczy.
Pozornie wybór jest prosty i tylko 42 stopnie przypominają o zagrożeniu udarem.
Brindisi które prawie zostało przez nas pominięte okazało się miejscem godnym uwagi. Zobaczyliśmy miejsca które zabudową znacznie różniły się od typowej włoskiej architektury. Mówię o tym jako laik ale niektóre miejsca przypominały mi miejsca w Czechach a jedna z miejsca wyglądało jak Kuba na widokówkach.
Pomimo iż nie jestem fanem zwiedzania zabytków przyznam szczerze, że mam mały niedosyt obcowanie z architekturą Apulii. Na szczęście zawsze można tam wrócić – ku uciesze mojej żony.
Powrót do domu nie był już tak ekscytujący, choć drzwi do następnej przygody już się otwierają i to bardzo szybko. Ale o tym w następnym wpisie.










