Sapanta, Rumunia – szkolenie ADV – dzień 3

Sapanta Rumunia szkolenie ADV

Dzień trzeci – 31 maj 2024, piątek

Tego dnia zaczęliśmy od szutrów. Rumuńskich szutrów. Trasy niby takie, jak wczoraj. Ale jakieś łatwiejsze. To, co jeszcze wczoraj sprawiało ogromne trudności, dziś było po prostu drogą.

Zaczynałem już koncentrować wzrok no większym dystansie i lepiej czytać trasę. Mogłem też rozglądać się na boki i podziwiać okoliczności przyrody. Nie spoglądałem już nerwowo na drogę, szukając dziur i większych kamieni. Jechałem obserwując przeszkody z wyprzedzeniem.

Zaufanie do motocykla oraz własnych umiejętności wzrosło, i to po kilku godzinach jazdy, po jednym dniu szkolenia. Rodzaj nawierzchni i to, co było na drodze, przestało być problemem. Po prostu była to droga, po której jechałem i miałem z tego ogromną frajdę, zresztą nie tylko ja. Właśnie to chyba zauważył Krzysiek, bo ni stąd ni zowąd na drodze pojawiły się kamloty wielkości stodoły i koleiny wypełnione błotem. Koleiny śliskie i gliniaste, zalepiające opony, a do tego takie na szerokość motocykla plus dwie żyletki. I głębokie jak Rów Mariański. Idealnie dopasowane do motocykla. Wręcz szyte na miarę.

„Wybierając” koleinę trzeba było nią jechać do końca, bo nie była szansy na zmianę kierunku. Jedynym plusem było to, że motocykl się nie przewracał, tylko opierał o wzniesienia koleiny.

Oczywiście droga nie była płaska, tylko wznosiła się i opadała. Na podjazdach walko o przyczepność powodowała palpitację serca. Dodatkowo sytuację pogarszał fakt, że każde zatrzymanie mogło skutkować sprowadzaniem sprzętu na dół wzniesienia i zaczynaniem od nowa. Ponowne ruszenie na tak śliskim podłożu pod górę było absolutnie niemożliwe.

Ciekawostką jest fakt, że dzień później podobne warunki były dla nas prawie niezauważalne. Jakby mniejsze? Ale to osobna historia. Na szczęście każda droga ma swój początek i koniec. Ta też miała. Tylko takich dróg w swoim arsenale Globo ma dużo i nie waha się ich używać…

Krzysiek dobrze poznał te tereny. Jeździ tu od lat, zna ciekawe miejsca o różnym stopniu trudności i doskonale wie kiedy, kogo i gdzie może zabrać. I jak każdy dobry trener wie, kiedy trzeba dać marchewkę.

Po każdy morderczym odcinku zabierał nas na odpoczynek do miejsca, w którym zapominaliśmy o zmęczeniu. Widoki, które można było podziwiać oraz kontakt z naturą powodował całkowite odprężenie oraz chęć do dalszej jazdy.

Ciekawość i chęć poznawania świata gnała nas dalej, bez względu na to, co miało nas spotkać. Niewiarygodne co może zrobić jeden człowiek z pasją, którą zaraża innych. Sprawdziłem – nie ma na to szczepionek. Jeżeli nie wierzysz „prześpij się z lekarzem lub farmaceutką”.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *