Maroko 30 styczeń

Maroko

Dzień ósmy -30 styczeń, Czwartek

 

Wyruszyliśmy wcześnie rano jeszcze przed wschodem słońca. Chcieliśmy jak najwcześniej dotrzeć na miejsce. Do przejechanie ponad trzysta kilometrów nieznanymi drogami częściowo prze góry Atlas, więc woleliśmy nie ryzykować straty całego dnia na przejazd.

Wschód słońca zastał nas w górach, uniemożliwiło to co prawda podziwianie wschodu słońca ale za to gra świateł na stokach gór robiła niesamowite wrażenie.

Droga którą poruszaliśmy się była raczej pusta i w pojazdy i w miejscowości co bardzo utrudniała nam zjedzenie śniadania.

W jedynej otwartej „restauracji” mogliśmy zaspokoić głód garścią orzechów, migdałów oraz tradycyjną marokańską herbatą miętową z kosmiczną ilością cukru. W zasadzie bez większych przygód dojechaliśmy do celu.

Essaouria to jedno miejsce ale dwa różne światy. Stara część miast która jest pod patronatem UNESCO to przeniesione z zamierzchłych czasów miasto portowe tradycyjnie ogrodzone wysokim murem z czterema bramami z rynsztokiem po obu stronach głównej ulicy, pełne kupujących i sprzedających, ale na swój sposób urocze.

Wiatr od morza skutecznie usuwał zapachy dzięki czemu spokojnie można było się poruszać. Wchodziliśmy bramą północną i spacerując prosto na drugi koniec miasta dotarliśmy do portu. Cały port to chyba jedna wielka restauracja, na każdym kroku można było kupić coś pochodzącego z wody i poprosić o przygotowanie do spożycia lub zabrać ze sobą i przygotować danie w domu.

Szczerze mówiąc to większości sprzedawanych tam stworzeń nigdy wcześniej nie widziałem na oczy.

Po posiłku poszliśmy poszwendać się po okolicy i poszukać ciekawostek. Jedną z nich okazała się nowsza część miasta gdzie życie toczyło się w sposób podobny do lepiej nam znanego, czyli korków, tłoku, hałasu…

Ta część miasta bardzo podobna była do innych miast, które rozrastając się wylały się za stare mury.

I tu kolejna niespodzianka w restauracjach wzdłuż plaży można było kupić dowolny alkohol, różnej mocy, nazwy i koloru i to przez cały dzień. Rzecz niebywała w tej części świata.

Po wejściu do środka szybko dowiedzieliśmy się dlaczego. Ceny były wysokie, no bardzo wysokie, no po prostu kosmiczne.

Niestety na budżetowym wyjeździe takie frykasy tylko przez szybkę. Zdegustowani poszliśmy posłuchać po raz ostatni szumu oceanu z którym wypadało się przecież pożegnać.

Po powrocie czekało nas jeszcze ostatnie pakowanie, chwila odpoczynku, omówienie trasy, odkażanie i spanko.

To niestety ostatnia noc tej eskapady i  przyznam szczerze, że mam ogromny niedosyt Maroka.

Rano znów wczesne wstawanie i droga do Marrakeszu. Co czeka na nas jutro?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *