Maroko 29 styczeń

Maroko

Dzień siódmy -29 styczeń, Środa

 

Zgodnie z ustaleniami przyjętymi podczas śniadania środa to dzień dla każdego. Jedynym punktem programu była twierdza na wzgórzu, na którą można wejść lub wjechać kolejką kolejką linową.

Upiekliśmy dwie pieczenie na jednym ogniu wjechaliśmy na wzgórze kolejką. Kasba czyli twierdza którą zdobyliśmy, została podobnie jak miasto prawie doszczętnie zniszczona podczas trzęsienia ziemi w latach 60. Nawet jeżeli nie jest się entuzjastą starych murów to warto wjechać na wzgórze choćby dla zobaczenia panoramy miasta oraz portu.

Nasyciwszy oczy widokami poszliśmy na poszukiwanie „apteki”, ponieważ wczoraj osiągnęliśmy niebezpiecznie niski poziom, czyli dno. Poszło gładko i w radosnych nastrojach poszliśmy wreszcie na plażę.

Pogoda nam sprzyjała, było ciepło i słonecznie. Po minucie leżenia na ręczniku zebrałem się na odwagę i tradycyjnie poszedłem zażyć kąpieli. Pierwszy kontakt z wodą nie należał do przyjemnych, choć temperatura była porównywalna z Bałtykiem w lecie. Po oswojeniu się z wodą nie wychodziłem z niej przez godzinę. Zachęciło to Piotrka, który też oswajał się z temperaturą przez dłuższą chwilkę. Reszta towarzystwa wolała kąpiel słoneczną.

Jak zwykle po kąpieli wybrałem się na spacer brzegiem, zostawiając towarzystwo w błogim lenistwie.

Zdziwiła mnie ilość osób które uprawiały na plaży przeróżne sporty a w szczególności piłkę nożną. Plaża bardzo szeroka i piaszczysta stwarzała idealne warunki do gry. Trzeba tylko być ostrożnym żeby nie stracić piłki, ponieważ ocean tylko na to czekał.

Spacer przerwał mi konny patrol policyjny, dojąc do zrozumienia, że tam dalej iść nie wolno. Niestety nie zrozumiałem dlaczego, ponieważ dalej były tylko wydmy, ale posłusznie zawróciłem.

Okazało się, że nie było mnie ponad dwie godziny i wszyscy już zaczynali się denerwować. To dziwne ale czasami nie robienie nic też jest męczące. Żeby dostarczyć energii wycieńczonym organizmom poszliśmy na obiad. Korzystając z nowości technicznych czyli internetu w telefonie Gosia znalazła bardzo fajną knajpkę. Jedzenie było tak dobre, że chciałem adoptować kucharza:-).

Nie sposób pominąć medynę w Agadirze. Z pełnymi brzuchami obraliśmy kurs na stare miasto. Medyny w każdym mieście są inne, i można to odczuć już po przekroczeniu progu. Nie wiem na czym to polega, ale nie chodzi mi tylko o rozmieszczenie budynków czy materiały budowlane. Bardziej chyba odzwierciedlają charakter ludzi którzy tam mieszkają.

Na zakończenie pobytu w Agadir poszliśmy jeszcze na plażę rozkoszować się ciepłem, szumem oceanu i pięknym widokiem zachodzącego słońca.

Jutro kolejna zmiana adresu jedziemy do Essaouria. Ale to już inna historia.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *