Maroko 27 styczeń

Maroko

Dzień piąty -27 styczeń, Poniedziałek

 

Warzazat to bardzo urocza miejscowość, mieliśmy możliwość zapoznać się z nią już wczoraj podczas spaceru, ale w dzień odsłoniła nam więcej ze swoich uroków. Początkowo mieliśmy w planie wyjazd do Tinzouline oddalonej o 120 km, jednak perspektywa spędzenia połowy dnia w samochodzie przegrała z oazą Fint oraz ze zwiedzaniem tamy na zalewie Barrage Al Mansour Ad Dahbi.

Na pierwszy ogień poszła tama odległa o ok 25 km. Aby tam dojechać należało zboczyć z głównej drogi w wąską jednopasmową drogę, która choć boczna była w bardzo dobrym stanie.

Ciekawe widoki tak nas wciągnęły, że zupełnie nie zwracaliśmy uwagi na informacje po drodze i za gapiostwo dostaliśmy nauczkę. W tym samym momencie w którym zobaczyliśmy zalew zobaczyliśmy również strażnika i szlaban. Jak się okazało szlaban nie służył jako pomoc przy pobieraniu opłat, tylko jako pomoc przy zawracaniu nieupoważnionych podróżnych.

Szkoda bo widok z tamy na zalew mógł być przepiękny. Nie zrażeni niepowodzeniem ruszyliśmy w dalszą drogę.

Bardzo ciekawiła nas oaza która według naszego gospodarza warta była zobaczenia. Ponieważ szkoda nam było czasu na przerwę, postanowiliśmy kawę lub obiad spożyć dopiero w Fint, gdzie powinniśmy się znaleźć za jakieś półtorej godziny.

Oczywiście nie obyło się bez kłopotów. W Tabonie stanąłem na złym pasie i spowodowałem małe zamieszaniew  ruch, które nie umknęło czujnemu oku władz.

Na szczęście okazali się bardzo wyrozumiali dla mieszkańców Polski i

skończyło się tylko na wyjaśnieniu różnic w przepisach drogowych. Do Fint dojechaliśmy już bez przeszkód.

Na uwagę zasługuje jednak trasa jaką dojeżdża się do oazy. Po odbiciu z głównej drogi po przejechaniu dosłownie paru kilometrów widok ulega diametralnej zmianie. Za szybami samochodu można było zobaczyć kilka rodzajów gór w przeróżnych kolorach, w różny sposób pofałdowanych i  na dodatek jakby zrobione z czegoś innego.

Zatrzymaliśmy się żeby uwiecznić to na fotografii ale zdjęcia nie oddają tego klimatu. Cóż niektóre krajobrazy nie dają się zaszufladkować.

Gdy zobaczyliśmy oazę zrozumieliśmy jakie znaczenie ma dla rdzennych mieszkańców, którzy poruszali się po tych suchych i prawie pozbawionych życie pustkowiach. To czego najbardziej brakuje na pustyni to woda, jedzenie i cień.

Fint to oaza która nie znajduje się w środku niczego, do najbliższej miejscowości jest paręnaście kilometrów, a mimo to daje wyobrażenie radości jaką doznawały karawany docierające do zielonego oczka na pustyni.

Rzeczka przepływająca pomiędzy pasmami gór miała bardzo leniwy nurt. Gdzieniegdzie tylko mała zapora z piasku i kamieni powodowała powstanie małego oczka wodnego. Po jednej i drugiej stronie były „ogródki działkowe” lokalnych mieszkańców dla których rzeczka stanowiła rodzaj naturalnego nawadniania.

Pomimo małej ilości wody obfitość zieleni była imponująca. Znalazło się również miejsce na rozbicie obozowiska, choć wbicie śledzi mogło być sporym wyzwaniem.

Nie opodal czegoś co kiedyś było miasteczkiem a teraz pozostały tylko opuszczone ruiny znajdował się całkiem przytulny „hotel” z restauracją. Niestety nasze odwiedziny wypadały poza sezonem turystycznym hotel był chyba całkowicie pusty, a restauracja zamknięta.

Po obejściu prawie całej oazy postanowiliśmy wróciliśmy do Warzazatu połazić po mieście i wcisnąć nos w jakiś ciekawy zakątek. Wieczorem odkażanie z racji wczorajszego snu wszyscy bardzo sumiennie zadbaliśmy o usuwanie obcych z organizmu.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *