Maroko
Dzień trzeci 25 styczeń, sobota
Dziś już nie wstawaliśmy wcześnie rano. W styczniu w Maroku słońce wstaje koło 8:30 i zachodzi po mniej więcej dwunastu godzinach czyli 18:40. Oznacza to, że o 8:00 jest jeszcze ciemno, i wstawanie wcześniej nie ma sensu szczególnie na wakacjach.
Dodatkowo rano jest rześko żeby nie powiedzieć zimno. Co innego wieczorem kiedy jest jeszcze ciepło, zmrok tak bardzo nie przeszkadza a życie towarzyskie kwitnie.
Mądrzejsi o tą wiedzę nie spieszyliśmy się ze wstawaniem. Choć i tak byłem już o 7:30 na nogach.
Plan na sobotę nie przewidywał zbyt wiele do przejścia, zaledwie siedem kilometrów piechotą na cały dzień.
Zwiedzanie mieliśmy rozpocząć od targowiska, gdzie dziewczyny wczoraj widziały jakiś super towar i bardzo chciały go kupić. Ponieważ pamiętały gdzie go widziały a na dodatek było to prawie po drodze postanowiliśmy spełnić zachciankę naszych kochanych żon i zacząć dzień do zakupów.
Zdobyte doświadczenie z dnia poprzedniego pozwoliło nam śmiało zapuścić się w głąb medyny. Stragan z upatrzonymi przedmiotami znaleźliśmy dość szybko, niestety okazało się, że towar nie jest tak dobrej jakości na jaki wyglądał a cena za wysoka za taki towar, postanowiliśmy poszukać czegoś w lepszym gatunku.
Mając dużo czasu i wprawę w poruszaniu się krętymi uliczkami starej części Marrakeszu, szybko zgubiliśmy się w ciasnych zakamarkach mediny. Co gorsze zagubił się również GPS. Orientację w terenie utrudniała gęsta zabudowa i drewniane konstrukcje nad głowami, które skrzętnie skrywały słońce. Bez paniki ale z coraz większym GŁODEM szukaliśmy wyjścia.
W końcu udało się, tak samo jak się zgubiliśmy tak samo się znaleźliśmy, czyli nie wiemy jak.
Dzięki tej przygodzie trafiliśmy do miejsc do których nie zapuszczają się turyści, i dzięki temu zobaczyliśmy prawdziwe życie mieszkańców medyny, wolne od sklepów dla turystów i z bardziej przystępnymi cenami. Co ciekawe ilość kotów mieszkających w części bardziej turystycznej i tej mniej znanej nie uległa zmianie. Wszędzie było ich pełno w przeciwieństwie do psów które były rzadkością.
Czas który poświęciliśmy na wydostanie się z labiryntu okazał się na tyle duży, że nie było już szans na zrealizowanie planu zwiedzania. Ponieważ to był ostatni dzień w Marrakeszu doszliśmy do wniosku, iż pozostaje przeznaczyć go na zobaczenie choć reszty z listy.
Na cel wzięliśmy pałac El Badi który był najbliżej nas. Muszę przyznać, że było warto. Niestety wszystkie ciekawe informacje były po francusku lub angielski. Pomimo ułomności językowych i tak spędziliśmy tam prawie dwie godzin. Gdy opuszczaliśmy pałac zaczynało robić się szarawo.
Nasza droga powrotna przechodziła przez główne targowisko, które zadziwiło nas po raz kolejny. W ciągu dnia spokojne ciche prawie zapomniane, wieczorem tętniło życiem. Zewsząd dochodził gwar targujących się kupców, pojawiły się tańczące i śpiewające grupki kolorowo ubranych artystów. Wystarczyło tylko spojrzeć na nich i już któryś z nich podchodził po zapłatę. Nie było szans na zrobienie zdjęcia czy nagranie choć krótkiego filmiku bez uiszczenia zapłaty. Sytuacja zmieniała się po uiszczeniu paru dirham, wtedy chętnie pozowali do zdjęć wykonywali różne kroki taneczne czy nawet akrobacje. Niestety warunki świetlne oraz ruch uniemożliwiły mi zrobienie dobrego zdjęcia.
Miejsce to wabiło również przeróżnymi zapachami których nie potrafiłem rozpoznać, a od przeróżnych owoców i warzyw aż kręciło się w głowie.
Oprócz miłych doznań były też smutne. Żal było patrzeć na umęczone małpki które wyciągały łapki po smakołyki lub pieniążki, węże które zwisały z rąk jakby uchodziło z nich życie. Widok długiej kolejki koni które ciągnęły dorożki dopełniał czarę goryczy. Można się tłumaczyć, że ja z tego środka transportu nie korzystam, ale tak naprawdę to dla nas turystów są te wszystkie atrakcje. Niestety pomimo ogromnej miłości do przyrody nie mam pomysły co można w tej sprawie zrobić. Może ktoś z Was ma jakiś pomysł?
Po powrocie do „domu” przeanalizowaliśmy plan na jutro, który zapowiadał się bardzo ciekawie. Przed spaniem odkażanie, które dziś z racji bliskiego kontaktu z „prawdziwym’ Marokiem było bardziej dokładne i pieczołowite. Efekt był taki, że nie wyznaczaliśmy pobudki na następny dzień i stwierdziliśmy poważne braki w materiale odkażającym który szybko należało uzupełnić, co w Maroku nie jest łatwe.






