Sapanta Rumunia szkolenie ADV
Dzień pierwszy – 29 maj 2024, środa
5:00 rano. Pobudka. Noc nieprzespana, ledwo widzę na oczy. Emocje sięgają zenitu, po półrocznej przerwie znów spotkam się z przyjaciółmi i będzie czas na wspomnienia, nowe przygody oraz zdobywanie nowych umiejętności.
Szkolenie z jazdy w terenie, w prawdziwym i wymagającym terenie, na szutrowych i offroad-owych rumuńskich drogach. To nie będzie tor przygotowany do szkolenia z ograniczoną liczbą przeszkód, na którym jeździ się kilkanaście razy, aż zna się go na pamięć. To jest dobre na początek, teraz trzeba poprawiać umiejętności, więc zestaw ćwiczeń też musi być bardziej wymagający.
No tak, ale żeby poznać te trasy lub, jak kto woli, naturalne tory przeszkód, trzeba tam dojechać… Droga nie zapowiada się kłopotliwie, głównie po czarnym, dlatego postanawiam jechać na bardziej szosowych oponach, a kostkę zabrać ze sobą. Miałem zamiar zmienić opony po dotarciu na miejsce.
Po spakowaniu moje moto wygląda jak rowerek na czterech kółkach. Przytroczone opony sprawiają rzeczywiście wrażenie dziecięcego rowerka, ale nie mam pomysłu na inne ich zamocowanie. Nie zabieram zbyt dużo ze sobą, ponieważ śpimy w „murowanym”, nie ma więc potrzeby na pakowanie śpiwora namiotu i całego wyprawowego ekwipunku.
Odległość do pokonania to niecałe 1000 km, więc nie ma co marudzić, tylko jeszcze raz sprawdzić czy wszystko jest spakowane i jazda. Aby dojechać o przyzwoitej porze wypadnie pewnie cały dzień jazdy, z przerwą na tankowanie i jedzenie. Może po drodze uda się coś zobaczyć?
Jak wspominałem, trasa to głównie asfalt, a wybrane drogi to głównie „eski” i autostrady, więc kilometrów powinno ubywać szybko. Po prawdzie trafiły się też i normalne drogi, i choć były raczej w rzadkości, to stanowiły dużą rozrywkę.
Jednak ogólnie rzecz biorąc to większość trasy to nuda. Nuda. Nuda. Jedyne atrakcje w podróży to przejazd przez góry (gdzie wąska i kręta ścieżka powodowała powstanie banana na ustach), oberwanie chmury na Węgrzech (czyli przymusowy postój na przystanku autobusowym) oraz końcówka trasy, po pięknych i ciasnych serpentynach (niestety w deszczu).
Po 14 godzinach docieram do Sapanty. Wszyscy już są. Serdeczne powitanie, krótka rozmowa przy kolacji i wyrko. Nazajutrz długo wyczekiwane szkolenie, trzeba dobrze wypocząć.




