Estonia
Dzień czwarty – 4 lipca 2024, czwartek
Plan na dziś TET nr 4.
Dzisiejszy TET zaczyna się praktycznie od samego Tallina, bardzo przyjemnym podjazdem. Niesamowite, że w niektórych miejscach takie przyjemności są praktycznie za rogiem.
Po drodze mijamy sporą grupkę żołnierzy, przygotowanych do ćwiczeń. Stali obok wojskowych samochodów ubrani w maskujące stroje i na dodatek uzbrojeni po zęby. Pomimo obaw, że może wkraczamy na teren poligonu, żołnierze nie wykazali najmniejszego zainteresowania naszą obecnością. Pomimo obaw, czy nas nie zatrzymają, bez problemu mogliśmy kontynuować podróż.
Później tylko przyjemności. Wspaniałe widoki, wspaniałe trasy, wspaniałe…
Leśnymi, w większości szutrowymi drogami przejechaliśmy większość trasy. Niestety nie sposób opisać wszystkich napotkanych po drodze widoków. A jeszcze trudniej opisać emocje, które nam towarzyszyły.
Przez cały dzień nie sposób było się nudzić. Rodzaj trasy zmieniał się praktycznie co chwilkę. Z piaszczystej leśnej ścieżki wjeżdżamy na szutrową, równą trasą, aby po chwili jechać już kolejną ścieżką pośród trawiastych równin. Jakby tego było mało, pojawiały się ciekawe strome i kamieniste zjazdy lub podjazdy.
Początkowo próbowałem zapamiętać co ciekawszą ścieżkę, ale ilość i różnorodność mnie pokonały. Wszystkie te przyjemności okraszone były komentarzami, których chyba nie będę cytował. Ponieważ pogoda dopisywała, dopisywały również nastroje. Na nocleg wynajęliśmy całe piętro jakiegoś pensjonatu. Miejscówka usytuowana była na obrzeżach miasta w pobliżu supermarketu, co nas wszystkich ucieszyło.
Zrobienie zakupów na pyszną ucztę nie stanowiło problemu. Trasę, którą mieliśmy do pokonania, „zrobiliśmy” bardzo szybko, dzięki temu mieliśmy więcej czasu na przygotowanie się do kolacji. Ponieważ jutro część z nas miała się odłączyć, w tym nasze zabezpieczenie na trasie, w postaci dzielnego autka oraz jeszcze bardziej dzielnej i miłej załogi, a także Seba – normalne zakupy były odrobinę większe niż zawsze.
Ni z tego ni z owego z kolacji zrobiła się prawdziwa impreza. Trwałaby pewnie do samego rana, ale nasz zawsze czujny Globo zarządził capstrzyk. Nikt nawet nie pisnął i każdy poszedł grzecznie spać. Co ciekawe, Krzysiek nawet nie podniósł głosu, a może nawet nic nie powiedział?





